Niby jestem szczęśliwa. Niby mam wszystko. Mam prace, mam cudownego faceta, mam przyjaciół. I co? Skoro nadal nie potrafię okazywać emocji, emocji tych, które siedzą w środku, w środku tej małej dziewczynki, którą zagłuszam w głębi siebie. Zrobiłam postęp-przestałam udawać. I co? Skoro znów boję się okazać słabości, a jeśli już przez przypadek tak się stanie to na samo wspomnienie mam ochotę schować się pod ziemie ze wstydu. Ludzie mówią, że powinnam nadal chodzić do terapeuty, ale po co? Po to by, siedzieć i mówić o tym, o czym mogę powiedzieć każdemu, nawet nieznajomemu na ulicy. Potrzebuję kogoś kto pozwoli mi płakać i da gwarancje dyskrecji. Kogoś kto potem nie spojrzy na mnie z góry, kogoś kto po prostu będzie. Teraz jest dobrze kiedy mogę się śmiać, kiedy Ty jesteś obok, ale jest ten pierdolony strach przed końcem. Co jeśli nie dam rady być tą idealną dziewczyną? Co jeśli ludzie zaczną znów mówić, a Ty w to uwierzysz? Co jeśli umrę sama w sobie, ponownie? Nie ważne. Jestem szczęśliwa, chyba, a jeśli to wszystko jest na niby?